poniedziałek, 14 listopada 2016

Rozdział 2.

            Zdenerwowana zrzuciła całą zawartość biurka na podłogę i głośno krzyknęła z bezsilności. Ukryła twarz w dłoniach i pokręciła głową. Miała już tego dość. Cały czas zachodziła w głowę, gdzie mogły podziać się te cholerne notatki dziadka. Szukała ich tu przez kilka godzin. W archiwach pusto, w biurze i domu też. Nie mógł przecież zgłupieć na starość do tego stopnia, by oddać je w jakieś niepowołane ręce. Co jak co, ale Horst zawsze wykazywał się cwaniactwem oraz przebiegłością. Nauczył ją wszystkiego. Wpajał jej, że zawsze…
– Coś się pani stało? – do pomieszczenia wszedł najwyraźniej zaniepokojony Igor.
– Nie. Tak. – pokręciła głową – Sama już nie wiem. – jęknęła – Chciałeś czegoś ode mnie?
– Cóż… Ja… Pomyślałem, że skoro pani jest w firmie, to chce pani może zapoznać się z naszą sytuacją na rynku, z finansami albo…
– Od jak dawna tu pracujesz?
– Będzie dwanaście lat, proszę pani.
– No właśnie. Od kiedy zająłeś to stanowisko wszystko idzie dobrze. Mój ojciec ci ufał, więc i ja ci ufam. Jeśli coś się będzie działo, możesz do mnie dzwonić, ale jeśli wszystko jest na dobrej drodze i nie ma nowych pomysłów czy technologii do wdrożenia, jesteś tu szefem. – uśmiechnęła się do Francuza – O dobrych i lojalnych pracowników nie jest teraz łatwo. – wstała z fotela i podeszła do mężczyzny – Nastały takie chwile, że muszę się zająć pewnymi sprawami, które zaczął jeszcze mój pradziadek. Ojcu niestety nie udało się ich doprowadzić do porządku. Najpierw muszę się skupić na tym, więc rozumiesz, że potrzebuję pomocy w firmie. – poklepała go po ramieniu ­– Jesteś moją prawą ręką, Landau. Liczę na ciebie.
– To dla mnie zaszczyt. Kiedyś pani pradziadek, a potem dziadek byli bardzo wpływowymi mężczyznami. Dzisiaj to pani jest bardzo wpływowa. Ci, którzy mówią, że interesy w rękach dziedziczki mogą się zmarnować, nie poznali pani.
– Interesy mam we krwi, Landau – puściła mu oczko.
– Pani dziadek zawsze powtarzał, że pod latarnią najciemniej i że… – nie dała mu dokończyć i zmarszczyła perfekcyjnie wyregulowane brwi.
– Co powiedziałeś?
Że pod latarnią zawsze najciemniej. Tak mówił pan Horst, nieprawdaż? – zdziwił się.
– Tak, masz rację. – nagle ją olśniło – Dziękuję, Landau. – cmoknęła go w policzek, złapała swój płaszcz i w pośpiechu rzuciła – Zabieram jedno z aut! W radzie potrzeby dzwoń!
            W strugach deszczu jechała ulicami Herzogenaurach. Pod latarnią najciemniej. No jasne, że tak! Jak mogła wcześniej o tym nie pomyśleć? Wybrała numer do kuzyna i poczekała, aż jaśnie pan raczy odebrać.
– Tak? – odezwał się zaspany głos w słuchawce.
– Mario, jest wpół do pierwszej, a ty jeszcze śpisz? – zaśmiała się. Jej kuzyn nigdy nie należał do rannych ptaszków, więc do prowadzenia interesów też nie był skory. Nie był również nad wyraz inteligentny, co akurat sprzyjało Mii.
– Boże, kuzynka, a ty się tylko czepiasz. – ziewnął – Coś się stało? Nie odzywałaś się od pogrzebu wujka.
– Tak, wiem, nazwij mnie suką bez serca, która nie utrzymuje relacji z rodziną. Dzwonię, bo mam sprawę.
– Dajesz – zachęcił ją.
– Muszę dostarczyć do urzędu pewne dokumenty przed moim wylotem na wakacje i potrzebuję takiego jednego zaświadczenia. Z tego co pamiętam, to jakieś rodzinne pliki po ostatnim pożarze zostały przeniesione do archiwum w waszej siedzibie – zagryzła wargę ze zdenerwowania.
– Jasne. – ponownie ziewnął – Zaraz zadzwonię do Jochena i poproszę, żeby ci je znalazł i wysłał. O co dokładnie chodzi?
– Nie ma sensu, żeby się kłopotał. Pewnie ma dużo innych zadań. – spanikowała – Ja akurat jestem w Herzogenaurach i mogę podjechać. Wystarczy, żebyś mu powiedział, że ma mnie wpuścić do archiwum, a ja się wszystkim zajmę. Nie chcę zaburzać twoim pracownikom harmonogramu.
– W porządku. Już do niego dzwonię. A, Mia?
– Tak?
– Dokąd wyjeżdżasz na wakacje?
– Do Brazylii. – zaśmiała się – Marzy mi się plaża.
– Okay. To przywieź mi jakąś pamiątkę. Miłego urlopu, mała. Należy ci się po tych ostatnich przeżyciach.
– Dziękuję. Na pewno coś dostaniesz. Kończę, pa. – rozłączyła się – Tak, dostaniesz. Najlepiej kopa w jaja – włączyła kierunkowskaz i zjechała na lewo.

***

            Podróż do kraju kawy i faweli bardzo się jej dłużyła. Wielokrotnie bywała w tamtych rejonach, ale nigdy nie czuła się tak niekomfortowo podczas lotu samolotem. I nie chodziło tu bynajmniej o siedzenia czy towarzyszy. Czas ciągnął się w nieskończoność, ponieważ Mia denerwowała się zaplanowaną wizytą. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Istniało wiele scenariuszy, a Niemka wszystkie dokładnie analizowała. Niestety, pomimo tego niepewność wcale nie znikała, a wzrastała. Cała sytuacja przerastała już nie tylko ją, ale też innych. Nikt nie chciał polecieć do Brazylii, obawiając się spotkania z byłym szefem międzynarodowej organizacji. Neuer nie miała więc wyboru i jeśli chciała, by wszystko zostało należycie załatwione, sama musiała się tym zająć.
            Prosto z lotniska udała się do hotelu, gdzie wzięła odświeżający prysznic, zjadła specjał szefa kuchni i zadzwoniła po taksówkę. Miły kierowca zawiózł ją pod same drzwi okazałej rezydencji. Podziękowała mu, wręczając banknot i wysiadła. Pewnym siebie krokiem zmierzała ku wejściu do posiadłości. Drzwi otworzyła jej służąca – starsza, pulchna kobieta, która jeszcze ze dwadzieścia lat temu musiała być bardzo atrakcyjną Latynoską. I taką też była, bo Neuer przypomniało się, że już tę kobietę kiedyś poznała. Uśmiechnęła się szeroko.
– W czym mogę pomóc? – zapytała oficjalnie kobieta.
– Mari, nie pamięta mnie pani? – drobna blondynka posmutniała. Ubrana w biało–szary mundurek zastanowiła się przez chwilę, a potem otworzyła szeroko oczy.
– Mia?! – dziewczyna pokiwała głową, a staruszka pochwyciła ją w ramiona – Niech no ja ci się przyjrzę. – odsunęła ją od siebie lekko i dokładnie zlustrowała – Jesteś śliczna, kochanie, ale chyba za mało jesz. Chodź, akurat przed chwilą wyjęłam z piekarnika ciasto.
– Ale pani Mari… – jęczała, kiedy była ciągnięta przez duży hol aż do przestronnej kuchni.
– Nie marudź mi tutaj, młoda damo. – pogroziła pulchnym palcem, a chwilę później wzięła się pod boki i westchnęła głęboko – Nie do wiary, że też młoda Dasslerówna mnie odwiedziła!
– Życie jest nieobliczalne. – uśmiechnęła się lekko, opierając brodę na dłoni – Ale już nie jestem Dassler.
– Nie? – kobieta postawiła na stoliku dwa talerzyki z ciastem z owocami oraz dwie filiżanki kawy – No to opowiadaj, kto jest tym szczęśliwcem?
– Nie do końca szczęśliwcem. – uśmiechnęła się smutno do siedemdziesięciolatki – Pobraliśmy się kilka lat temu, ale się rozwiedliśmy.
– Ale nie wróciłaś do nazwiska rodowego… – wzięła kęs ciepłej pyszności – Musisz go nadal kochać.
– Wie pani… Gdyby to wszystko było takie proste… Gdyby Bóg nie zaplanował dla mnie tak wyboistej ścieżki…
– Wiem, dziecko. – złapała jej dłoń – Bóg mocno cię doświadczył, ale musisz zrozumieć, że miał w tym jakiś plan. Być może ten rozwód…
– Pani Mari, my sobie składaliśmy przysięgę przed Bogiem. I co? I Bóg chciał ją tak nagle unieważnić?
– Dziecko, przysięgi przed Bogiem nie da się unieważnić, jeśli w chwili jej składania byłaś szczera i tego właśnie chciałaś. Nikt nie ma takiej mocy – poklepała jej rękę.
– Rozwód rozwodem, ale dlaczego Bóg odebrał mi to, co kochałam jeszcze wcześniej?
– Mia… – spojrzały sobie prosto w oczy – Są rzeczy, których się nie da wytłumaczyć. To co ci się przytrafiło, nie było przyjemne, a dla nastolatki to był wielki cios i ja to rozumiem, że czujesz się potraktowana niesprawiedliwie. Ale takie jest życie, kochanie. I musisz cieszyć się tym, że po tylu latach od tamtego zdarzenia nadal możesz funkcjonować w miarę normalnie.
– Pani śledziła to, co się ze mną wtedy działo, prawda? – zapytała nieśmiało.
– Tak. – uśmiechnęła się pokrzepiająco – João o ciebie wypytywał różnych znajomych, nawet do twojego dziadka dzwonił. No i musiał wszystko przekazywać mnie.
– A pani jak się trzyma? Z nim chyba nie jest najlepiej?
– Niestety. – westchnęła ciężko – A ja? Ja żyję, mam się dobrze – wzruszyła ramionami.
– Opiekuje się nim pani – bardziej stwierdziła.
– Tak. Jestem tu tyle lat. Poza tym, nie mogłabym go zostawić w potrzebie.
– Pani go cały czas kocha, Mari.
– Niezmiennie od pięćdziesięciu lat. Ale pozostanę starą panną. Pod tym względem mnie przebiłaś, kochanie – zaśmiała się.
– Pani Mari, a gdzie jest jego rodzina? Nie ma ich w domu? Nie będzie pani miała problemów, że mnie zaprosiła do środka?
– Nie, skądże. – machnęła lekceważąco ręką – Oni tu w ogóle rzadko kiedy zaglądają, a obecnie wybrali się wszyscy na wakacje. Do Tajlandii? Gdzieś do Azji w każdym bądź razie.
– A czy ja… Czy mogłabym do niego zajrzeć?
– Jasne. Ale musisz wiedzieć, że z nim jest naprawdę krucho. Nie poznaje ludzi. To już podobno początki demencji starczej. Ale chodź, – podniosła się z krzesła – zaprowadzę cię do niego.
            Weszła do ogromnej sypialni urządzonej na styl kolonialny. Na łóżku leżał stary, schorowany mężczyzna. Wzdrygnęła się na myśl o wieku gospodarza. Podeszła do bordowego fotela i usiadła na jego oparciu. Brazylijczyk spojrzał na nią pustym wzrokiem.
– Zgubiła się pani?
– Nie. – posłała mu lekki uśmiech – Jestem Mia. Pamięta mnie pan? Byliśmy kiedyś na meczu rugby. W Los Angeles. Razem z moim ojcem. I z moim dziadkiem, Horstem – uniosła brwi.
– Przepraszam cię, dziecko, ale moja pamięć ostatnio szwankuje. – poklepał ją po kolanie – Nie masz mi tego za złe, prawda?
– Oczywiście, że nie. Jest pan zmęczony, João. Proszę spróbować zasnąć.
            Prezydent w niczym nie przypominał siebie sprzed kilku lat. Nie było w nim już tej żywiołowości, chęci do życia, bystrego, spostrzegawczego wzroku. Ale czego spodziewać po niemalże stulatku z problemami zdrowotnymi?


***
Nowe informacje na temat naszej bohaterki właśnie ujrzały światło dzienne. Tym razem rozdział dłuższy. Miał się ukazać jutro, ale byłam zbyt ciekawa Waszych opinii. Czym zajmuje się Mia i kim tak naprawdę jest?
Z ogłoszeń parafialnych - pod tym linkiem -> http://lilas-word.blogspot.com/ będzie można znaleźć smaczki, wybrane fragmenty nadchodzących części opowiadań (zarówno tego, jak i następnych). Jeśli natomiast chcecie być informowani i mieć pewność, że Was nie przeoczę w wysyłaniu powiadomień, bardzo proszę o podanie linku czy też maila, gdzie mam zostawiać info pod tym samym linkiem, ale na w zakładce "NOTIFICATIONS". To ułatwi mi informowanie, a Was upewni o tym, że niczego nie przeoczycie. ;)
No to ja już zmykam do anatomii, a Was ślicznie proszę o komentarze. :)
Buziaki z zamglonego Wrocławia. ;*

poniedziałek, 7 listopada 2016

Rozdział 1.

            Schodząc na przerwę w meczu, przejechał wzrokiem po trybunach. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił, ale straciło to dla niego jakiekolwiek znaczenie, gdy wśród tłumu kibiców zebranych na stadionie w Gijon wypatrzył drobną blondynkę o niesamowitych oczach. Uśmiechnął się pod nosem i pobiegł do szatni. Nie mógł przestać o niej myśleć. Od rana siedziała mu w głowie. A teraz pojawiła się na meczu. Może to było przeznaczenie? Nie, przecież on nie wierzył w takie banały.
Mia nie była sama. Towarzyszył jej starszy mężczyzna, którego już gdzieś widział. Mógł sobie dać rękę uciąć, że skądś go znał. Tylko co ona mogła mieć z tym facetem wspólnego?

***

            Wygładziła swoją krótką sukienkę i poprawiła pozycję na krzesełku. Zerknęła na wielką tablicę, głoszącą wynik na niekorzyść gospodarzy. Niespokojnie się poruszyła i potarła skroń. Przymknęła oczy, głośno westchnęła i obróciła się w stronę towarzysza.
– Ángel, wiesz, że to dla nas bardzo niewygodna sytuacja, prawda? – zaczęła spokojnie.
– Wiem, Mia, wiem, ale co ja ci na to poradzę? – poprawił szarą marynarkę z domu mody Dolce&Gabbana – Przecież gdybym mógł… – nie dała mu dokończyć.
– Pamiętaj, że się z tego nie wywiniesz. – syknęła – Jak ktoś zacznie sypać, nie zapomną o nikim. A jeśli dotrą do mnie, to ja pociągnę was na dno ze sobą – odwróciła głowę i poczęła przyglądać się piłkarzom, będącym w trakcie rozgrzewki przed rozpoczęciem drugiej połowy spotkania ligowego.
– Jesteśmy w tym gównie razem, Mia. To wszystko nie jest na rękę żadnemu z nas. Uwierz mi, nikt się z nim nie zbrata – starał się przekonać blondynkę.
– Wystarczy, że on zbrata się z FBI. Wtedy wszyscy jesteśmy w dupie.
– No, nie do końca wszyscy. Ty masz mieszkanie w Rosji, prawda?
– Mam i co z tego? – prychnęła z pogardą – Nie mam zamiaru całe życie ukrywać się przed psami. – na chwilę zapanowała między nimi cisza – Słuchaj, musisz być teraz bardzo ostrożny w poczynaniach. Nie angażuj się zbytnio w nowe projekty, nie rób nic podejrzanego. Nie możemy sobie pozwolić nawet na pół fałszywego kroku. – zacisnęła dłonie w pięści – Od tego zależy nasza przyszłość. To co zaczęliśmy, musimy dokończyć. Nie ma innej opcji.
– Nie myślisz czasem, że niepotrzebnie się w to wplątałaś? – zerknął na nią niepewnie.
– Ángel, nie zapominaj kim jestem i skąd pochodzę. – uśmiechnęła się – To jest po prostu rodzinny biznes – wzruszyła ramionami.
– Więc masz specyficzną rodzinę – zauważył kąśliwie, a dziewczyna pokazała mu ręką, by siedział cicho, ponieważ piłkarze powrócili na murawę.

            Wstali z miejsc jednocześnie i ruszyli w kierunku wyjścia. Złapała go pod ramię. Zachowywali wszelkie pozory normalnego spotkania. W tym mieście, podczas takiego meczu, można było zostać niezauważonym. A nawet jeśli ktoś by ich zauważył, zawsze można było powiedzieć, że chcieli jedynie obejrzeć mecz. To właśnie dlatego miejscem spotkania tych dwojga był El Molinón.
            Tuż przy drzwiach, odsunęła się od Hiszpana i stanęła naprzeciw niego. Wpatrywała się w jego oczy. Wyprostowała się i odrzekła głosem kobiety pewnej siebie:
– Pamiętaj, żeby nie wzbudzać podejrzeń, Villar.
– Jedź do Szwajcarii i daj mi znać co i jak. Tylko nie telefonicznie – zauważył.
– Nie jestem idiotką, Villar – zwęziła oczy w szparki.
– Nie wątpię, ale przezorny podwójnie ubezpieczony, Neuer.


***
Komentarze mile widziane! ;)
Jeśli chcecie być informowani, wpiszcie to proszę tutaj w zakładce: http://lilas-word.blogspot.com/p/notifications.html